Upiekę!

Gdy po raz pierwszy zabrałam się za pieczenie tortu, chwila ta została przeze mnie dosłownie opłakana. Płakałam już w trakcie i płakałam pod sam koniec, siedząc nad makutrą pełną zwarzonej masy czekoladowej. Na blacie spoczywał majestatycznie biszkoptowy gniot, który został przeze mnie zrobiony „na szybko”. Już wtedy zrozumiałam znaczenie powiedzenia, że „co nagle, to po diable”. Chciałam szybko, chciałam na skróty, to miałam. Tylko efekt mnie nie satysfakcjonował.

Mama kazała mi posprzątać kuchnię i zabrać się za coś innego, niekoniecznie przypominającego wytwarzanie wyrobów cukierniczych. Łzy porażki schły w trakcie zmywania i wycierania naczyń. Postanowiłam … upiec tort jeszcze raz! Z dziarską miną udałam się do sklepu po nowe składniki do wypieku. Po powrocie musiałam spacyfikować zakazy mojej mamy, która pod żadnym pozorem nie chciała mnie już widzieć tego dnia w kuchni! Ponownie przejęłam władanie nad mikserem i biszkoptem. Tym razem robiłam wszystko dokładnie i starannie. Gdy przyciskając nos do ciepłej szyby piekarnika, dotarło do mnie, że mój biszkopt rośnie, promień nadziei wprost przeszył mnie całą. A może się ten tort uda? – myślałam.

Udał się. Nie powalał wizualnie, ale cieszyłam się, że w ogóle przypomina tort. Biszkopt był smaczny, masa – pozwolę sobie, a co! – jeszcze smaczniejsza, wykończenie w formie, pożal się Boże, dekoracji mogło ujść w sporym tłumie. Byłam szczęśliwa! Szczęśliwa, że upiekłam tort. Szczęśliwa, że uparłam się powtórzyć pieczenie.

Jeszcze szczęśliwsza byłam następnego dnia, gdy z tortem przywędrowałam do babci. Babcia obejrzała, skosztowała i powiedziała, że… to niemożliwe, żebym to ja upiekła taki tort! 🙂 To był dla mnie komplement! Tak, bo wiedziałam, że nigdy dotąd nie dałam się poznać nikomu w tej sferze. Interesowałam się książkami, muzyką, pisaniem, ale pieczenie tortu? To przecież było do mnie niepodobne.

Dziś z perspektywy lat tamten dzień, w którym zepsułam swój pierwszy wypiek i ponownie podjęłam próbę jego upieczenia, to ważny moment. Moja determinacja pozwoliła mi nauczyć się czegoś, czego bardzo chciałam. Gdy czasem nachodzi mnie chwila zwątpienia, gdy coś mi się nie udaje, tamten moment wraca do mnie i za pomocą wewnętrznego głosu mówi mi, że pomylić się jest rzeczą ludzką, a nie poddawać – to iść do celu!

Teraz podejmuję się pieczenia wielu rzeczy, których jeszcze jakiś czas temu odmawiałam moim klientkom. I cieszę się, że bez bojaźni wchodzę w tę sferę, której kiedyś unikałam. Szkoda, że babcia tego nie widzi. Pewnie znów powiedziałaby mi, że nie wierzy, że to ja zrobiłam…

Może moje wypieki nie są wyrafinowane czy bardzo artystyczne. Jednym mogą się podobać, innym nie. I tak jest dobrze. Ja jestem z nich zadowolona, lecz cały czas staram się je udoskonalać. Na bazie naturalnych składników z naturalnymi ozdobami. Bo tak chcę.